Rozmowa z Bogdanem Rymanowskim, dziennikarzem,
działaczem Federacji Młodzieży Walczącej z lat 80.
autorem biografii Kornela Morawieckiego
– Co takiego szczególnego charakteryzowało klimat Nowej Huty, gdy w latach 80. zaczynał Pan tam działalność opozycyjną?
– Obrazek z 13 grudnia 1981 r. mam dotąd w pamięci. Jako nastolatek mieszkam wtedy przy głównej arterii nowohuckiej, później nazwanej ZOMOstrasse. Widzę czołgi i transportery, jadące w stronę Huty, wtedy imienia Lenina, później Sendzimira. Chodzę wtedy do ósmej klasy podstawówki. To nie ja zainteresowałem się historią. To ona się mną zainteresowała.
– Jak wyglądał pierwszy Pana kontakt z „bibułą”?
– Mama pracowała wtedy na poczcie. Przyniosła jakieś ulotki. Przeglądałem je z wielkimi emocjami.
– Federacja Młodzieży Walczącej dużo później powstała…
– Najpierw zginął Bogdan Włosik, w październiku 1982 r. Nie tylko dla mnie stało się to wielkim przeżyciem, dla wielu rówieśników również. Wtedy już byłem w liceum, chodziłem do 16. LO. Czekaliśmy na trasie przemarszu robotników z huty: wychodzili, gdy kończyła się zmiana. Przy kościele, tam gdzie Szklane Domy, B-1, tam zwykle czekałem. A przy naszej szkole parkowały zomowskie samochody. Wtedy, jak zginął Włosik walki w Nowej Hucie trwały prze trzy dni.
– Największe starcia uliczne, może po pamiętnej „bitwie wrocławskiej” z 31 sierpnia tego samego roku, którą opisuje Pan w biografii Kornela Morawieckiego?
– Oczywiście nie byłem świadkiem śmierci Bogdana Włosika, chociaż znajdowałem się wtedy na ulicy, ale w innym miejscu. Młodzież dołączyła wtedy do robotników. Huta oddalona była o 2–3 kilometry. Tyle miał do przejścia ich pochód. Demonstrację przy Szklanych Domach rozganiało ZOMO. Robotnicy szli na Plac Centralny. Tam stał pomnik Lenina. A wieczorem odbywały się msze w Arce. Tam właśnie, niedaleko zginął Bogdan Włosik. Wtedy w trakcie tej trzydniowej bitwy gdy wychodziłem po mszy musiałem przejść przez kordon ZOMO. Sprawdzali ręce. Patrzyli, jeśli były brudne – to uznawali, że od rzucania kamieniami. I wtedy zatrzymywali. Dwie moje koleżanki zostały wówczas złapane. W goglach narciarskich, okularach w sam raz na gaz łzawiący. Jakoś przez ten kordon przeszedłem. Poznawaliśmy się wtedy na demonstracjach. Kontakty przy ich okazji zawarte przydały się później i przetrwały.
Szał niebieskich ciał
– Czy można mówić wprost o fenomenie Nowej Huty jako miejsca antykomunistycznego oporu?
– To wdzięczne miejsce do bitwy. Warto bowiem pamiętać, że Nową Hutę zbudowano tuż po wojnie na planie miasta rzymskiego. Szerokie arterie sprzyjały temu, co robiliśmy w latach 80. Zupełnie inaczej działo się w starym Krakowie. Tam ośrodkiem demonstracji stawał się zwykle Wawel albo Kościół Mariacki, później kierowały się one w boczne ulice, warunki okazywały się bez porównania trudniejsze, to znaczy milicji łatwiej było manifestantów rozpraszać. W Hucie to co innego… Szał niebieskich ciał… Niektóre demonstracje trwały nawet do czwartej czy piątej nad ranem.
– Ale przecież nie tylko o topografię chodziło?
– Z drugiej strony był tam też duch, wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Myśmy mówili między sobą, że Nowa Huta to jest coś, u nas są robotnicy i młodzież, a krakusy to cieniasy. My walczymy z komuną nie w kawiarni przy kawie… Myśmy wtedy żyli walką. Równocześnie jednak rozwijaliśmy akcję samokształceniową. W latach 1983–84 powstawały wśród nas grupy małego sabotażu. Malowaliśmy po murach, szlachetnych wzorców nie brakowało. Znaliśmy się ze starą Solidarnością, z ludźmi w nią zaangażowanymi, ale o żadnej formalnej podległości nie można było mówić. Nie na niej przecież nasza działalność polegała. Potem cała nasza grupa, to już był 1984 rok, weszła w skład Federacji Młodzieży Walczącej, która powstała w Warszawie.
– Skąd się wziął ten wybór?
– Ze zgredami iść nie chcieliśmy. Mieliśmy swój radykalny styl, nasze formy działalności. Wcale nie tylko o zadymy uliczne chodziło. Prowadziliśmy kółka samokształceniowe, wymienialiśmy się bibułą, mnóstwo czytaliśmy i dyskutowaliśmy. Duże znaczenie miał dla nas kościół w Mistrzejowicach.
Radykałami byliśmy, ale nie prostakami
– Kogo uznawaliście za przywódcę duchowego, jeśli o tej kategorii można mówić?
– Postacią mającą dla nas ogromne znaczenie, prawdziwym autorytetem pozostawał dla nas ksiądz Kazimierz Jancarz. Nasz ks. Jerzy Popiełuszko, śmiało mogę tak powiedzieć. Kładł nacisk raczej na formację duchową. Oczywiście z wyższością patrzyliśmy na oazowców, z rezerwą słuchaliśmy ich prostych piosenek, to zupełnie nie były nasze klimaty. Nie pociągali nas ludzie, którzy uznawali, że działalność opozycyjna polega na regularnym chodzeniu na mszę i to w zupełności wystarczy. Ważni dla nas byli za to opozycyjni działacze z Huty, jak Mieczysław Gil czy Edward Nowak. Z czasem poznałem Janka Ciesielskiego, współpracowało się z nim doskonale. To oczywiste, że FMW współdziałała z „S”. Dostawaliśmy „Hutnika”, którego redagowali i drukowali Wojciech Marchewczyk i Leszek Jaranowski, ulotki a także wydmuszki z bitumiksem, którymi potem rzucaliśmy w rozmaite ustawione na ulicy konstrukcje propagandowe władzy, dzisiaj byśmy je nazwali banerami czy bilbordami. Ale na tym rzecz się nie kończyła. Czasem na drzwiach mieszkań esbeków wykonywało się napisy: „tu mieszka kapuś”.
– Ale zaczął też Pan działalność dziennikarską?
– W 1986 r. rozpocząłem studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zresztą obowiązywała zasada, że pozostajemy zakonspirowani. W szkole średniej ciężko przecież przyszłoby działać z otwartą przyłbicą. Wtedy zresztą spytałem szefa struktury FMW czy mogę wystartować w olimpiadzie wiedzy o partii. Zgody mi udzielił, a ja tę olimpiadę wygrałem. Staraliśmy się przecież jak najwięcej dowiedzieć o polityce, w tym o przeciwniku. A tego samego wieczora jeszcze poszedłem w miasto niszczyć partyjne transparenty. Natomiast rzeczywiście na przełomie 1985/86 zacząłem się bawić w dziennikarstwo.
– Niech Pan nie będzie taki skromny, stał się Pan jednym z najpłodniejszych autorów tego środowiska?
– Rzeczywiście używałem paru pseudonimów. To znaczy imię zawsze było to samo: Karol. Ale dalej już różnie: Karol S-ki, Karol Radykalny, różne warianty się pojawiały.
– Pojawił się skrótowiec „BMW”?
– Biuletyn Młodzieży Walczącej… To oddawało ówczesny styl. W Warszawie Niezależne Zrzeszenie Studentów wydawało „CIA” od Centrum Informacji Akademickiej. U nas w Krakowie potem pojawiło się też „FBI” – Federacyjny Biuletyn Informacyjny.
– Fantazji Wam nie brakowało?
– Zależało nam na pewno na przełamaniu krzywdzących stereotypów, że są „chuligany” z Nowej Huty i „mądrale” z Krakowa. To, że pozostajemy radykalni, wcale nie oznaczało, że czujemy się prostakami. Wręcz przeciwnie, angażowaliśmy się w Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy pod auspicjami ks. Kazimierza Jancarza. To była już prawdziwa akademia podziemna. Kolegów miałem wciąż zarówno w szkołach zawodowych jak na studiach. Na fenomen opozycyjnej Nowej Huty składało się również to, że środowiska robotnicze i młodzieżowe nie musiały się szukać nawzajem. Również budowało to swoistą masę krytyczną radykalizmu. Stykaliśmy się z ludźmi, którzy mają realne problemy. Publikacje FMW cechował wysoki poziom.
Wpadłem raz przez głupie ulotki
– Jak rozumiemy działalność opozycyjna bez wpadki nie była możliwa, kiedyś to musiało nastąpić?
– Rzeczywiście tak się zdarzyło, że w 1987 r. zostałem złapany przez prymitywną ulotkę. Przed chwilą chwaliłem wysoki poziom tekstów z naszych biuletynów. A tu okazało się, że wraz z kolegą, który miał pseudonim Rambo i nosił go nieprzypadkowo, bo straszny był z niego raptus, oczytany w pamiętnikach powstańców i dość dosłownie tę tradycję traktujący – dowiedzieliśmy się o planowanej demonstracji. W starym Krakowie, nie u nas w Hucie. Przygotowaliśmy na drukarence byle jakie ulotki z PZPR na szubienicy. Ruch Wolność i Pokój coś robił pod pomnikiem Mickiewicza na Rynku. Rzuciliśmy wtedy te ulotki, które ze sobą wzięliśmy. Do tramwaju wsiadaliśmy już oczywiście zgodnie z wymogami konspiracji osobno. I wtedy zauważyłem, że za mną pakuje się na Basztowej do wagonu jednoznacznie się prezentujący facet. Potem widzę samochód jadący równo z tramwajem. Ostentacyjnie już. Zorientowałem się szybko, że szanse mam niewielkie. Gdy wysiadłem, już w Nowej Hucie zacząłem biec. Znałem teren, liczyłem jak zwykle na przechodnie klatki budynków osiedla. W końcu nie dałem już rady. Facet wyrósł przede mną jak spod ziemi. Ciągnie mnie do suki i mówi: będziesz siedział.
– Co działo się dalej?
– Zapakowali mnie na Siemiradzkiego. Czytałem wiele razy „Małego konspiratora”, jak się w podobnych wypadkach zachować. Wiedziałem, żeby na żadne pytania konkretnie nie wolno odpowiadać. Jednak jak się okazało, nawet nie zostałem przesłuchany. Posadzili mnie z przestępcami na dołku. Tam byli jacyś złodzieje, pijacy po różnych burdach. Podest był, żeby się położyć i koc. Zasnąć jednak się nie dało z powodu emocji. Wiedziałem przecież, że w domu mam bibułę, więc bałem się o mamę. Ale Rambo nie złapali, a on oczywiście zachował się jak należy. Poszedł do mnie do domu, powiedział mamie, że trzeba mieszkanie wyczyścić. Zatrzymali mnie w piątek po południu. W celi światło się świeciło przez całą noc. Przeszkadzało mi to trochę, podchodzę więc do drzwi i widzę przycisk. Myślę, że to wyłącznik. I zaraz przybiega klawisz. Bo to był przycisk, ale do ich wzywania. Potem śmiechu było w celi z tego powodu co niemiara, że okazałem się nieobyty.
– Poważnych konsekwencji nie było?
– Jak się okazało, nawet przesłuchany nie zostałem. Swoje znaczenie miał fakt, że to był już 1987 rok, wtedy ekipa generałów już nie gustowała w twardych represjach, stosowali raczej kolegia. Poza tym esbecy też byli różni. Nie w sensie światopoglądu tylko gorliwości. Zdarzali się ci, co praktycznie pracowali tylko do szesnastej i na takich właśnie trafiłem.
– Wyszli z założenia, że „dzięki Bogu już piątek” więc fajrant? Termin zatrzymania okazał się szczęśliwy?
– Rewizji w domu też mi nie zrobili. Za to klawisz pod celą mnie zawołał: będziesz myć naczynia. Najpierw odmówiłem, że jestem polityczny. Potem jednak uznałem, że lepsze to niż rozpamiętywanie ewentualnych zagrożeń. W niedzielę wieczorem mnie wypuścili, bez przesłuchania. Potem stawałem przed kolegium. Zasądzono 90 tys zł.
– Zapłacił Pan?
– Nie zapłaciłem. Ojciec wtedy strasznie się martwił, że przyjdą i mu telewizor zabiorą. Uspokajałem go, że nie mogą, bo przecież nie jest mój. Przeciągnąłem sprawę aż do 1990 r. kiedy to oficjalnie uznano, że nie muszę grzywny płacić. Za to gorzej, że wtedy w 1987 r. wezwanie na kolegium przyszło w terminie, w którym wybierałem się na spotkanie z Papieżem na Zaspę w Gdańsku. Nadrobiliśmy to na Błoniach, gdzie występowaliśmy wspólnie, po mszy laliśmy się z ZOMO, gdy chcieli nam odbierać transparenty.
– Jerzy Surdykowski, zasłużony dla krakowskiej opozycji, wspominał, że pierwsze dni stanu wojennego pod Wawelem miały dość łagodny przebieg, za to gorzej było zarówno w październiku 1982 r. kiedy zginął Włosik, a także już pod koniec lat 80, gdy komendantem milicji został gen. Jerzy Gruba?
– Wiedzieliśmy, że Gruba odpowiada za masakrę w kopalni Wujek, wtedy był komendantem wojewódzkim w Katowicach. Gdy nastał w Krakowie, przeżyliśmy swoją chwilę satysfakcji z nim związaną. W „Gazecie Krakowskiej” przyznał bowiem, że niepokoją go rozbudowane u nas struktury Federacji Młodzieży Walczącej.
– Jak przeżył Pan strajk w maju 1988 r. w Hucie, a ściślej jego złamanie przez ZOMO? Dla nas wyglądało to tak, że gdy rozbito protest w Hucie, zastrajkował Uniwersytet Warszawski, klimaty przeważały pogodne, to był sit-in na trawniku, ale dla Was pacyfikacja oznaczała pewnie sporą traumę?
– Pozostawaliśmy radykalni więc nie zachowaliśmy złudzeń co do intencji władzy. Federacja Młodzieży Walczącej wspierała strajk w mieście. Chodziło o to, żeby o strajku powiadamiać i budować dla niego poparcie, więc to właśnie robiliśmy. Atak to był oczywiście szok. Również dla nas, radykałów. Uderzenie okazało się podstępne, przecież trwała mediacja, toczyły się rozmowy. Za to już 31 sierpnia 1988 r. stało się jasne na kolejną rocznicę Solidarności, że idzie zmiana.
Uznałem, że Kornel reprezentuje bliskie mi idee
– Jak się Pan wobec niej odnalazł? Czy gdyby nie Okrągły Stół, mielibyście poczucie bezradności?
– Naszą ambicją pozostawało, żeby wstrząsnąć człowiekiem. Temu służyła cała nasza maszyneria przygotowana na demonstracje. Pudełko od papierosów z nabojem od syfonu i plasteliną w środku. To się zapalało. Jednak Stefan Kisielewski wtedy pisał… o urządzaniu się w dupie. Wiedzieliśmy, że ludzie chcą na Zachód. Wziąłem udział w kampanii Komitetu Obywatelskiego. Poszedłem na wybory 4 czerwca 1989 r. Z czasem przyszło też zająć się sobą – studia kończyłem przecież w dziewięć lat.
– A Lech Wałęsa jakie wtedy odczucia w Panu wzbudzał?
– Już nie miałem wówczas złudzeń co do niego. Ten pociąg odjechał. Potrzeba było kogoś innego, kto ludźmi wstrząśnie.
– I dlatego w 1990 roku już zapisał się Pan do Partii Wolności Kornela Morawieckiego?
– Rzeczywiście taką decyzję podjąłem. Uznałem, że Kornel reprezentuje bliskie mi idee. Gwałtownego zerwania z poprzednim złym systemem. Nie strzelania przecież, bo nie o to chodziło.
– Jednak w tym samym roku 1990 Morawieckiemu nie udaje się zarejestrować swojej kandydatury na prezydenta, mowa o tym, że arkusze z podpisami rozsypały się na schodach w siedzibie Państwowej Komisji Wyborczej?
– Wtedy byłem przekonany, że to robota komuny. Dlatego na tamte wybory już nie poszedłem. Z czasem dowiedziałem się, że z tymi podpisami rzeczywiście był problem. Zresztą moja optyka stopniowo się zmieniała. Wspominałem już, że nadrabiałem zaległości. Ale nie tylko to. 17 października 1990 r. zacząłem pracę w Radiu RMF.
Szkoda, że nie zaistniał jako budowniczy nowej Polski
– Morawiecki był wtedy dla Pana ważną postacią. Zaś teraz napisał Pan jego biografię. W praktyce to najnowsza historia Polski widziana z perspektywy jego działalności?
– Cieszę się, że właśnie tak panowie ją odbieracie.
– Dlaczego właśnie Kornel, tak go nazywajmy, skoro wszyscy byliśmy z nim po imieniu, zresztą łatwo na tę formę przechodził?
– Zawsze miał w moim sercu ważne miejsce. Dla zadymiarzy z FMW ale także uczestników naszych kółek samokształceniowych pozostawał ważną postacią. Gdy Edek Miszczak dał mi szansę pracy w RMF, zaprosiłem Kornela do studia na długą rozmowę, takich już dziś się na antenie nie prowadzi. Wtedy stało się jasne, że zajmę się polityką ale z tej drugiej strony, dziennikarza a nie uczestnika gry.
– Jak zapamiętał Pan Kornela?
– Uczciwy, szczery, prostolinijny. Taki był kiedy przyjechał do mnie do studia, na Kopiec.
– Opisuje Pan drogę Kornela Morawieckiego. I stawia Pan tezę, że popełnił błąd, że się nie ujawnił w 1988 r. wrócił nielegalnie i co dalej?
– Nie wierzył komunistom. Sądził, że jeszcze raz spróbują rozwiązania siłowego, jak po Sierpniu 1980 w grudniu 1981 r. Kornel zakładał, że stanie się rezerwą strategiczną dla Solidarności. Nie zaistniał jednak jako budowniczy nowej Polski. Powrócił wówczas z banicji, przez Wiedeń , na lewym paszporcie kolegi. Jego przyjaciel Andrzej Myc mówił, że można było to inaczej rozegrać. Zwołać konferencję prasową w Warszawie, powiedzieć: „chcieliście mnie wyrzucić z Polski, a oto jestem”. Kornel jednak zdecydował, że pozostanie w podziemiu. Jego rywale zarzucali mu, że schował się do mysiej dziury. Pewnie też inaczej wyglądało to z perspektywy warszawskiej, niż u niego we Wrocławiu, a tam zawsze cieszył się najsilniejszym poparciem, chociaż oczywiście struktury Solidarności Walczącej działały też mocno w innych miastach jak Maciej Frankiewicz w Poznaniu. Zresztą trzeba mu oddać, że pewne oceny Kornela nie były oparte na przesłankach fałszywych, skoro Służba Bezpieczeństwa do stycznia 1990 r. rozpracowywała jego i SW.
Kto inny sieje, kto inny zbiera plony
– Czego zabrakło Kornelowi Morawieckiemu, żeby zaistnieć po 1989 r. na miarę roli, jaką wcześniej pełnił przez całe lata 80. w antykomunistycznej opozycji?
– Kornel to polityk idei. Nie pragnął władzy. Decydujące były wybory prezydenckie z 1990 r. PKW zakwestionowała mu zebrane podpisy. Uznała, że jego komitet nie zebrał 100 tysięcy.
– Leszek Moczulski wtedy wystartował, wziął swoje 2,5 proc, co dało mu szóste miejsce, ale zaistniał?
– I w pierwszych wolnych wyborach KPN, która sromotnie przegrała w czerwcu 1989 r. jesienią 1991 r. wprowadziła do Sejmu 50 posłów.
– Zaś dawną diagnozę Kornela Morawieckiego przejęli inni, najpierw Jan Olszewski?
– W polityce nieznana jest kategoria praw autorskich. Część haseł przejął nawet Wałęsa, gdy rzucał hasło przyspieszenia. Profesor Andrzej Wiszniewski ujmował to w ten sposób, że kto inny sieje, kto inny zbiera plony. Warto pamiętać, że pod koniec lat 80. zarówno Jerzy Giedroyc jak Jan Nowak-Jeziorański byli gotowi wspierać Kornela Morawieckiego i w jego działalność inwestować. Wiemy, że to on miał rację, a nie prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush Senior, który już po czerwcowych wyborach 1989 r. przekonywał Wojciecha Jaruzelskiego, żeby broń Boże nie rezygnował z ubiegania się tu o prezydenturę. W Kornelu było coś pięknego, charyzma i szlachetność, ale nie miał szans w nowej polityce.
Wchodzi do Sejmu, w którym nie ma już komunistów
– Powrócił jednak. W 2015 r. I to niezależnie od formacji politycznej syna Mateusza, za to w barwach Kukiz’15?
– Jak feniks z popiołów. Ze wzruszeniem słuchałem wtedy jego wystąpienia. Było inne niż wszystkie pozostałe. Oto Kornel wchodzi do Sejmu, w którym nie ma już komunistów.
– Symboliczne zwycięstwo?
– To był moment chwały. Dostał satysfakcję życiową. Dla niego to było jednak za mało. Nigdy nie patrzył na rzeczywistość z punktu widzenia własnego interesu. Zawsze aktywny, nie potrafił siedzieć z założonymi rękami. Nie było też tak, że zawsze chwalił syna. Potrafił go zganić choćby za wypowiedź z Monachium. Wprawdzie w spółkach Skarbu Państwa nie brakuje dawnych działaczy SW, ale Kornel był ostatnią osobą, z którą ich awanse omawiano.
– Co po nim, Kornelu, bohaterze historii i Pana książki, zostaje najważniejszego?
– Bezinteresowność. To największa wartość, jaką pozostawia polityk, kierujący się zasadą służby ojczyźnie. Ale też dobroć. Kornel był radykałem. A muchy by nie skrzywdził. Jedna z anegdot przytoczonych w mojej książce, bez wątpienia prawdziwa, opowiada o tym, jak po jakimś bankiecie zawinął w serwetkę i schował za pazuchę udko kurczaka. Zobaczyła to Maria Koziebrodzka i spytała, po co to robi. A Kornel na to, że może kogoś spotka po drodze, na ulicy i da mu to jedzenie.
Andrzej Anusz
Łukasz Perzyna

